Gerard na Malcie

Do miejscowości o wdzięcznej nazwie st. Julian’s leciałem bez wielce sprecyzowanych oczekiwań. Może w projekcie na tak szeroką skalę trochę bałem się nudy, rutyny i uśrednienia, których – jako osoba przekonana o tym, że największym grzechem nauczyciela czegokolwiek jest nie zainspirować słuchacza – sam unikam jak ognia. Niepotrzebnie się martwiłem. Okazało się, że równie dobrze mogłem swoje oczekiwania ustawić bardzo wysoko a i tak zostałyby spełnione.

O bezsprzecznym powodzeniu kursu zadecydowały dwa czynniki. Po pierwsze osoba prowadzącego Mario Cordiny. Przypomniał mi i utwierdził mnie w tym, że można bez przeszkód połączyć artystyczną i odjazdową osobowość z nieudawanym nastawieniem na potrzeby słuchaczy. Stąd też z jednej strony zajęcia były kreatywne i prowadzone z nerwem, z drugiej strony – nie było mowy o marnowaniu czasu na bezowocne popisy. O maksymalnym wykorzystaniu cennego czasu może świadczyć to, że w ostatnim dniu nie bardzo mogliśmy zdążyć z pamiątkowymi zdjęciami i pożegnaniami – po prostu nie było czasu na głupoty.

Drugim czynnikiem było zaplecze, które dla prowadzącego zajęcia stanowiła szkoła Executive Training Institute Malta. Nie narzucając się, bezszelestnie i niemal perfekcyjnie ETI rozwiązywała wszelkie trudności techniczno-logistyczne, równocześnie występując z dorzecznymi propozycjami zagospodarowania wolnego czasu. Wobec tak konkretnego wsparcia cienka równowaga między pierwiastkami szkoleniowymi i krajoznawczymi nie była ani przez chwile zachwiana.

Nabytą na kursie wiedzę praktyczną na pewno będę chciał zastosować na swoim poletku dydaktycznym i nie tylko. A Malta – mimo braku prawdziwej zieleni – pozostanie w mojej pamięci jako miejsce sympatyczne i w niepojęty sposób łączące lokalny patriotyzm z otwarciem na świat. Way to go!