„Ach, co to był za ślub… Prawdziwy mariaż polsko-francuski…” – westchnęli nazajutrz wszyscy goście, zajadając croissanty, nawet jeśli w tamtym momencie nie uporali się jeszcze z bądź co bądź nie aż tak nieprzyjemnym bólem głowy…
Francuska Riviera i jej dumna stolica Nicea zachwyciły. Zachwyciły nas – grupę NIEzwykłych lektorów na cybernetycznym, XXI – wiecznym szkoleniu: „Digital Citizenship & Media Literacy”, tak jak niezliczonych XIX – wiecznych arystokratów, którzy przetarli nam szlaki. Prawdziwy horror dla zwolenników rustykalnego piasku z dala od osad ludzko– miejskich. Mekka instagramerów. Uczta dla zwiedzających z GPSem oraz tych pragnących, aby w ich towarzystwie często przywoływane były słowa: „przepych i luksus”, w jednym z najchętniej odwiedzanych regionów na świecie – La Côte d’Azur.
O Nicei podobnie jak o Paryżu można czytać, słuchać wierszy stworzonych przez poetów. Można ją podziwiać na wystawach malarzy, ale tak naprawdę trzeba tam po prostu poprzebywać. Zamówić doskonałą kawę w towarzystwie świetnych ludzi u kelnera, który uczyni wielki gest w waszą stronę, kiedy w porze obiadu z Rosé pozwoli rozgościć się w swojej restauracji. W przerwie „szkoleniowej” udać się do jednej z dziesiątek otaczających Boulangerie – pâtisserie, czyli piekarnio – ciastkarni by odnaleźć wyśmienite zarówno w formie, jak i w smaku ciastko. (Nawiasem pisząc, by osiągnąć przynajmniej ten sam stopień ekologiczności co w Polsce, bardzo szybko przyswoiłam sobie obcojęzyczny zwrot „Sans le sac”, co w dowolnym tłumaczeniu znaczy: „Już mam torbę z pobliskiego Lidla, którą noszę wszędzie ze sobą, dziękuję”.) O godzinie 13.30 tuż po skończonej „pracy” złapać niezobowiązujący lunch, by zaznać oryginalnego smaku quiche lorraine, pissaladière z cebulką i anchois, czy nawet włoskiej focaccii z oliwkami. Wreszcie w kulminacyjnym punkcie dnia, czyli wrześniowym wieczorem, snując się po przeurokliwych uliczkach Starego Miasta, doświadczyć z pozoru niedbale przygotowywanej na naszych oczach, a jakże wyjątkowej socci, czyli naleśnika z ciecierzycy obsypanego pieprzem oraz kilkoma innymi niezbędnymi dodatkami, jak świetna zabawa pierwszej klasy z akcentowo irlandzko-amerykańsko-brytyjskim tłem.
Oczywistym jest, iż wszystko to przybrałoby raczej pustą formę, gdyby nie Ci, z którymi dane mi było ją współtworzyć lub przynajmniej współdzielić. Bardzo dziękuję Marii i Filipowi za przeprowadzenie chyba wszystkich dziesięciorga obecnych przez meandry „francuskości”, począwszy od tłumaczenia licznych menu aż po różnice w postrzeganiu świata przez Francuzów, za ich Wytrawność i dobry smak. Gerardowi za podniesienie mojej 26 – kilogramowej walizki, szczegółowe wyjaśnienie gdzie znajduje się wzgórze Św. Wojciecha w Poznaniu oraz bycie Nadzwyczaj skromnym człowiekiem; Katarzynie za bycie Leaderem wśród organizacji; Paulinie za Elokwencję podczas szkolenia i poza nim; Oli, że napędzana biegową Siłą tak dzielnie znosiła moje 8 – dniowe towarzystwo w pokoju; Milenie za odwagę w opiniach i Szczerość wyrazu; Michałowi za bycie tak uzdolnionym i wysokim Poliglotą oraz Maćkowi za ogólny Geniusz, stylową koszulę oraz wysoce owocną pracę nad projektem na dachowym tarasie, czy może tarasowym dachu…
Kasi i Markowi, którzy ten wyjazd urealnili, ale nie tylko im, bo zdaje się, że jeszcze kilka osób w Kontakcie i poza nim również dołożyło coś od siebie. (Marku, przepraszam, że to napiszę. Możecie to w sumie jako samoistni redaktorzy usunąć, ale Marka zapamiętam szczególnie ze zdjęcia na ulicznej poręczy w Monako, ze specjalnym przeznaczeniem na głowę, na której oczywiście leżał wzdłuż, a dla bardziej ciekawskich – także głową w dół).
Jakże mogłabym zapomnieć o dwóch wspaniałych wykładowczyniach – Natalie Croome i Julie Alexander. Szkoda, że akurat w tym języku niewiele z tego zrozumieją, lecz ich szkolenie było nader kształcące. Aktywne metody pracy, za pomocą których z ogromną pasją realizowały temat były mi dość dobrze znane, aczkolwiek każdego dnia po ukończonym szkoleniu miałam nieodparte wrażenie dysonansu poznawczego, który motywował do wysiłku, a objawiał się przemijającym bólem głowy. Punktem kulminacyjnym było oczywiście rozdanie dyplomów. To bez wątpienia „chwila” warta osobnego felietonu.
Jako że refleksje te są zamówione nieco „odgórnie”, a tak naprawdę mają pozostać także w mojej prywatnej dyskowej pamięci, wspomnę jeszcze o „grzechu wartym” spacerze przez całe miasto w nicejskim, a tak naprawdę angielskim rzęsistym deszczu, o skromnym kościele Notre Dame du Port, kilkukrotnym zalaniu mnie przez ogromne fale Morza Śródziemnego, o zjawiskowej Promenadzie Anglików, czyli Nicejskiej Kalifornii, nieskończenie perfekcyjnych kamienicach, o zapachu najgorszych perfum, jakie kiedykolwiek miałam na sobie prosto ze sławnego muzeum Molinard oraz o cudownych chwilach na wysuniętej w morze nicejskiej skale z dala od opadających liści, tankowania na BP i korporacji za płotem.