Anna w Irlandii

Anna Is Ainm Dom – po irlandzku “nazywam się Anna” i w styczniu tego roku miałam możliwość uczestniczenia w realizowanym w Irlandii projekcie na temat różnic kulturowych. Wybrałam to konkretne zdanie jako punkt wyjścia do mojej krótkiej irlandzkiej opowieści z kilku powodów.

Po pierwsze dlatego że – wstyd przyznać – jadąc na lotnisko nie znałam większości uczestników wyprawy, z którymi bądź co bądź mijam się w pracy. Na szczęście integracja okazała się o tyle szybka, co owocna. Do teraz jeszcze jestem wdzięczna kolegom za otwartość i możliwość wymiany myśli. Nauczyłam się dużo i sporo z tej wiedzy zamierzam jeszcze wykorzystać w pedagogicznej branży.

Po drugie – właśnie nauka, w bardzo szerokim rozumieniu tego słowa. Zazwyczaj trzeba wypowiedzieć banalne zdanie (“nazywam się..”), żeby móc pójść dalej, otworzyć się i słuchać. Wybierając się na szkolenie, nie miałam specjalnych oczekiwań odnośnie treści zajęć. Temat różnorodności wydawał mi się o tyle aktualny co znany, żeby nie powiedzieć, banalny. Szybko okazało się jednak, że nie do końca. W trakcie warsztatów, na styku wspólnych refleksji i doświadczeń, problematyka podejmowana była z przeróżnych, niekoniecznie oczywistych perspektyw. Ciekawe było także samo zetknięcie się z kulturą irlandzką i z mentalnością Irlandczyków, które na pierwszy rzut oka nie wydają nam się przecież aż tak odległe.

Po trzecie – sama Irlandia, która ma swój własny język, swoją historię, swój sport narodowy (do tej pory niezrozumiały dla mnie Hurling..), swoje zdanie na temat Brexitu czy też swoje ukochane sieciówki odzieżowe (“everything is from Penneys!”). Okazało się, że Irlandia to nie tylko ruiny zamków, ciężkie, klimatyczne puby i – magnetyzująca zresztą – zieleń. Każde kolejne miasteczko było dla mnie przygodą. Z jednej strony urokliwe uliczki, kawiarnie, tradycyjne sklepy ze słodyczami… Z drugiej – niezmierzone bogactwa kultury, dublińskie muzeum pisarzy, Book of Kells, kamień w zamku Blarney, który trzeba w bardzo nietypowej pozycji pocałować, aby zyskać dar elokwencji… żeby wymienić chociaż kilka z wartościowych punktów na kulturowej mapie.

Z całą pewnością pobyt dał mi wiele. Na planie kulturowym, społecznym czy językowym, na każdym kroku mogłam pogłębiać swoją wiedzę. Jeśli czegoś żałuję, to jedynie tego, że przez te intensywne półtora tygodnia nie zdążyłam bliżej poznać samych Irlandczyków: w moim odczuciu nieco rozkojarzonych, czasami melancholijnych, i – czego miałam okazję doświadczyć 🙂 – lubujących się, podobnie jak sąsiedzi, w small-talkach o pogodzie.