Gerard N. w Nicei

O niuansach obywatelstwa cyfrowego miałem przed wyjazdem do Francji pojęcie bardzo mgliste, co szkolenie w Nicei dość gruntownie zmieniło. Osobną kwestią jest jednak sposób w jaki nam tę wiedzę zaserwowano. Wielką radością było dla mnie zobaczyć jak niektóre ćwiczenia trenerki Natalie i Julie przeprowadzały w sposób bardzo podobny do tego, w jakim ja bym to zrobił na swoich zajęciach, choć oczywiście nie brakowało też inspirujących zaskoczeń w technikach nauczania. A akcenty australijski i amerykański Trenerek, w które z lubością się wsłuchiwałem, były tylko wisienką na torcie. Piętnastominutowy przemarsz na zajęcia każdego dnia był dla mnie zatem budujący, bo wiedziałem, że spędzę ciekawe i owocne godziny wśród kolegów i koleżanek z Kontaktu, których siłą rzeczy nie widzi się na co dzień „w akcji”.  Spośród wielu wniosków, które same się nam nasunęły w ciągu szkolenia (lub nam je podsunięto) najważniejszy był dla mnie następujący: to nie cyfrowe narzędzia i techniki nauczania stanowią przede wszystkim o sukcesie danego kursu i zadowoleniu kursantów, ale (na szczęście) czynniki typowo ludzkie, takie jak przygotowanie, komunikatywność i „serce”, które lektor wkłada w swoje zajęcia.

Szkolenie w Nicei było też bardzo udane pod względem budowania naszej Kontaktowej drużyny. Dziesięcioosobowy skład z dnia na dzień swobodnie zmieniał konfiguracje i udało się przeżyć ten tydzień razem bez żadnego zgrzytu, co cieszy tym bardziej, że nie wszyscy zdołaliśmy przed wyjazdem zamienić ze sobą porządnych kilka słów. A miałem też trochę czasu dla siebie, na przykład żeby pojechać tramwajem w Alpy, co było najlepszym podsumowaniem tej surrealistycznej osnowy, którą tylko Francja potrafi w tak niewymuszony sposób zapewnić.