Tomasz Sz. w Valladolid

Jak nie planowałem uczyć się hiszpańskiego

 

Zupełnie nie planowałem i jeszcze kilka miesięcy temu nawet bym nie pomyślał, że będę chodził do szkoły w Hiszpanii na lekcje hiszpańskiego.

 

Kilka lat kontaktów z językiem włoskim, odkładane przez pandemię wyjazdy do Italii (i nie tylko tam) oraz ogólny brak czasu z racji ciągłej aktywności zawodowej, wszystko to sprawiało, że ani nie planowałem, ani nie marzyłem, ani nawet specjalnie nie tęskniłem za Hiszpanią, bo w byłem tam już kilka razy.

 

Szkoła zaprosiła mnie na zwykłe spotkanie informacyjne i choć zapłaciłem już dość mandatów za parkowanie w tamtej okolicy, to przyjechałem raz jeszcze. A potem trochę niezręcznie było odmówić, zrezygnować, nie skorzystać. Coś kusiło aby powiedzieć: ok, dobrze.

 

Więc skończyło się na tym, że powiedziałem: może kiedyś, zobaczymy, nie wiem jeszcze kiedy. Ale sprawy potoczyły się szybko dalej. No i wkrótce nadeszły informacje, że jest rezerwacja, bilety, adresy i można jechać. I jak tu zrezygnować? Na Youtube 3 razy posłuchałem Agaty i jechałem już z wiedzą jak liczyć do 10 po hiszpańsku. 

 

Pociąg, opóźniony samolot, autobus, taxi i check in w lokalnym akademiku – prawie jak zwykła, normalna wakacyjna podróż. A od poniedziałku zaczęły się lekcje. Akurat w poniedziałek El Mundo miał na pierwszej stronie zdjęcie i relację z UK po śmierci królowej, więc dla podniesienia samooceny kupiłem prawdziwą hiszpańską gazetę i w ogródku kawiarnianym przy zimnym piwie, udawałem, iż czytam wraz z innymi relacje z Londynu jak gdybym był przynajmniej na poziomie C2. A w szkole, jak to w szkole – alfabet, rodzina, miesiące i liczby. Klasyka gatunku w każdym języku w pierwszym tygodniu pierwszego roku.

 

Dobrze, że potrafiłem zamawiać kawę w tej samej kawiarni i ten sam kelner rozpoznawał mnie już, więc nawet nie musiałem używać pełnego zwrotu, że dziś też proszę o białą kawę – wystarczyło „¡Hola!” i miły uśmiech. Po 3 dniach nauczyłem się jeszcze zwrotu „cada día mejor” i tak to się podobało kelnerowi, że czułem się już jakbym był pół-Hiszpanem.

 

W grupie, na lekcji, było łatwiej, bo inni też zaczynali od zera. Była tam indyjska siostra zakonna, która po 19 latach swojej służby na Syberii, kiedy potwierdzała, że już rozumie pytanie, odpowiadała reszcie znanym mi ze szkoły średniej zwrotem ” Da, da”.

 

Salamanca zasługuje na dłuższy pobyt. I to wcale nie z powodu jakości tamtejszych tapas. Po Oxfordzie i Cambridge, tamtejszy uniwersytet to nr 3 w historii europejskich uniwersytetów – i równie dostojnie wygląda. Tam też chętnie pojechałbym na drugi tydzień nauki hiszpańskiego, ale wybrałem turystyczny Madryt. A z Madrytu pojechałem do Toledo, gdzie jeszcze wcześniej nie byłem. Imponujące to mało powiedziane. Trochę przy tamtej architekturze blednie wielkość i majestat naszego Pałacu Prezydenckiego w Warszawie czy Wawelu…

 

Warto uczyć się na lekcjach, ale trzeba posiedzieć jeszcze w domu – samo nie wchodzi do głowy w wieku 60+. Kiedyś człowiek szybciej zapamiętywał – 3 noce i sesja. A teraz myli się i miesza gramatyka włoska z hiszpańską jak limba z sosną albo tuja z cisem. Niby też z igłami, ale jednak to inne drzewa.

 

To była bardzo dobra inspiracja, zachęta, przygoda. Muchisimas gracias dla szkoły Kontakt i Pani Oli! Jednej i drugiej – tej w Poznaniu i w Valladolid! Szkoda byłoby, aby na pamiątkę zostały tylko zdjęcia z katedralnej wieży, z muzeum Kolumba, z Prado lub na tle zamku królewskiego w Madrycie. Mówią, że wystarczy 15 min dziennie.